niedziela, 3 stycznia 2016

Mroczne Czasy Rozdział 2


Siedzieli dość długo, głównie milcząc i pijąc. Od czasu do czasu wymieniali kilka zdań, nic poza tym, on nie chciał naciskać, ona nie chciała zaczynać. Kobieta zerknęła na zegarek, dochodziła trzecia nad ranem, najwyższa pora się położyć. Powoli wysączyła resztę whiskey ze szklanki i odłożyła na stolik kawowy. Szumiało jej w głowie, a świat delikatnie wirował, na jej ustach błąkał się ledwo widoczny półuśmiech. Wpatrywała się w nieokreślony punkt w przestrzeni, widoczny tylko dla jej oczu. Jako, że była wstawiona po jej maskach nie zostało ani śladu, jej twarz była jak otwarta księga, jedynym wyzwaniem było rozpoznanie języka, w którym jest napisana. Lucjusz przypatrywał się jej analizując. Dostrzegł niepewność, smutek, determinacje, a przede wszystkim gniew, złość tłumiącą wszelkie inne uczucia. Odwrócił głowę od jej postaci i pogrążył się we własnych myślach pozwalając jej udać się na spoczynek. Pani Śmierci… Arcymistrzyni Czarnej Magii… Musimy pamiętać, że czystość krwi jest naszą wizytówką, a szlamy należy potępiać, jednak ta historia uczy nas, że istnieją wyjątki… Jego własne słowa, wypowiadając je był przekonany, że nigdy więcej nie spotka osoby o której tyle opowiadał, przez którą tyle stracił, a jednocześnie tyle zyskał. Teraz ma szanse poznać jej tajemnice, poznać jej sekrety, jej magie. Niebezpieczna to będzie ścieżka… Fascynująca, ale niebezpieczna.
Znajdą się jej zwolennicy, plakaty wrócą na ulice, hasła do gazet, znów pojawi się strach, ooo tak… Strach, jego woń nie będzie dawała spać tym, których sumienie jest obciążone jej imieniem i nazwiskiem. Ludzie zaczną szeptać, Zakon Feniksa zostanie reaktywowany, aurorzy wznowią nabór, szkolenia będą dłuższe, cięższe i bardziej szczegółowe, ale to wszystko na nic… Bo czym jest zwykła nic nie warta magia, przy potędze Czarnej Magii która płynie w żyłach tej kobiety? Która stała się jej życiem, jej siostrą, jej matką, jej córką? Która stała się nią? Nie będą mieli szans, zetrze ich w proch… Może otworzy Akademie? Zacznie szkolić? Ah… cóż by to były za czasy, Czarna Magia znów legalna, nauczana, doskonalona… Tak, za to warto zginąć, warto się narażać. Nie tylko ja dojdę do tego wniosku, to jedno jest pewne.Siedział tak i rozmyślał do bladego świtu, wtedy to wstał kierując się do swojej sypialni. Zupełnie nieświadomy tego, że jego gość właśnie wychodzi z zamiarem rozpoczęcia planu zemsty, powoli, dyskretnie, ale konkretnie i do celu, oddał się w objęcia Morfeusza.

~kilka miesięcy później~
Wbiegła do posiadłości Malfoy'a, zdyszana, ale z triumfalnym uśmiechem na twarzy. Nie minęło pięć sekund, a znalazł się przy niej Lucjusz.
I co?-zapytał ze słyszalnym w głosie podnieceniem, a wszystkie jego mięśnie w napięciu czekały na odpowiedź czarnowłosej wiedźmy.
Zobaczyli mnie-nie przestawała się uśmiechać- Zaczęło się.Na twarz blondyna wpłynął szeroki uśmiech, odwrócił się i szybkim krokiem skierował się do kominka.
W takim razie zamawiam prenumeratę Proroka!-krzyknął, a jego głowa zniknęła w szmaragdowych płomieniach składając zamówienie, tak jak zapowiedział. Kobieta zaśmiała się cicho i podeszła do sofy, na którą ciężko opadła. Sięgnęła do karafki i nalała sobie oraz jej towarzyszowi bursztynowego, wysokoprocentowego płynu.
Za jutrzejsze wydanie-uniosła szklankę w stronę mężczyzny z figlarnym uśmiechem.
Za jutrzejsze wydanie-powtórzył odwzajemniając gest. Nie sądził, że aż tak się w to wszystko zaangażuje, że aż tak mu się to spodoba, trzeba jednak zaznaczyć iż dopiero teraz zacznie się zabawa. Wraz z porannym Prorokiem Codziennym wybuchnie zamieszanie i panika, Ministerstwo zostanie zasypane milionami sów od dziennikarzy i czarodziei, domagających się wyjaśnień. Słowem, będzie bezradne, a brudy sprzed lat zaleją ich niczym fala tsunami. Sojusznicza Francja zerwie ugodę, a Niemcy i Belgia wycofają się z pertraktacji. Anglia zostanie sama. Nikt nie kiwnie palcem.
Co z Rosierami?-kobieta przerwała milczenie.
Wczoraj nawiązali kontakt. Francuski Minister Magii powiedział, że jeśli twój powrót okaże się prawdą od razu zrywa porozumienie.-odezwał się wyrwany z zamyślenia, a w jego głosie pobrzmiewała duma i zadowolenie, wszystkie jego przewidywania się sprawdziły- Mówiłem, że tak będzie.
Tak, tak, mówiłeś-przyznała śmiejąc się, jednak chwilę później spoważniała. Odstawiła szklankę na stolik i wstała kierując swe kroki do wyjścia.
Co robisz?-zaintrygowany wstał i poszedł za nią. Wyszli do ogrodów, kobieta przeszła przez barierę, która kończyła przy lasku i stanęła z drugiej strony- Co robisz?-powtórzył pytanie, lecz nie uzyskał odpowiedzi. Zamiast tego Vivien zamknęła oczy i wyciągnęła przed siebie prawą rękę. Uniosła podbródek wysoko szeptając coś. Jej czoło pokryło się kroplami potu, a brwi ściągnięte w dół świadczyły o wysokim stanie skupienia i wysiłku jaki w to wkładała. Kilka minut później bariera opadła przy akompaniamencie rozbijającego się szkła o bruk, a dokładniej szklanki Malfoy'a, która wypadła mu z rąk. Przez sekundę można było odnieść wrażenie, że do szkła dołączy szczęka mężczyzny, która, kiedy tylko zdał sobie z tego sprawę, zamknęła się z głośnym chapnięciem. Odchrząknął.
Em.. Dziękuję
Spłacam tylko dług-odparła i uśmiechnęła się wracając do posiadłości, za nią podążył pan domu- Zdajesz sobie sprawę, że jeszcze nie możesz legalnie paradować po ulicach?
Oczywiście, za kogo ty mnie masz?-odparł udając oburzenie, co wywołało krótką salwę śmiechu u obojga.
Za Malfoy'a, a wszyscy wiedzą, że oni odznaczają się wyjątkową ignorancją. Co miałaś na myśli mówiąc „jeszcze”?-zapytał ignorując docinek.
To, że niedługo Ministerstwo nie będzie miało zbyt wiele do gadania-uśmiechnęła się tajemniczo i usiadła na wcześniej opuszczonej kanapie, sięgnęła po swoją szklankę- Wybieram się do Francji, będziesz musiał przypilnować tutejszych spraw.
Do Francji?-zapytał zaskoczony- Po co i kiedy?
Jak Rosierowie potwierdzą zerwanie ugody przez Ministra. Nadal nie odpowiedziałaś po co.
Wiem, mam kilka zaległych spraw do załatwienia.Następnego ranka sowa przyniosła poranne wydanie Proroka, jak można było się spodziewać na pierwszej stronie widniało niewyraźne zdjęcie Vivien. Nagłówek głosił: POWRÓT MORDERCZYNI! Rita rozpisała się na trzy strony jednak sensownych było tylko kilka fragmentów.
„…widziano ją niedaleko Dziurawego Kotła, nasz fotograf zdążył tylko uchwycić znikającą wśród tłumu postać (jak widać na pierwszej stronie) jednak mamy stu-procentową pewność, że to była ona! Hermiona Granger! Zapewne pierwsza publicznie użyłam tego imienia wbrew dekretowi, jednak, czyż ministerstwo nie oszukało nas co do jej śmierci? Podejrzewamy, że chcieli zatuszować swoje niepowodzenie spowodowane...”
...nasze zaufane źródło informacji, potwierdziło przypuszczenia wielu czarodziei, o grupie popierającej „Siostrę Śmierci”. Podobno została nawet założona organizacja działająca w jej imieniu, nie wiemy jednak jak się nazywa...”
Minister ds. Zewnętrznych twierdzi, że zerwanie ugody przez Francję świadczy o tym, że wybrała ona stronę Granger'ówny, natomiast wycofanie się Niemiec i Belgii to po prostu zwykły strach, tak czy inaczej nie zmienia to faktu, że pozostaliśmy sami...”
Aurorzy potwierdzili hipotezę, która zakłada, że owe zniknięcia, o których pisaliśmy kilka miesięcy temu, mogą mieć związek z Siostrą Śmierci, w końcu, jakby nie patrząc, wcześniej też tak to się zaczęło...”
~dwa tygodnie później~
Cholerna wiedźma! Miała się odezwać jak będzie na miejscu, minął tydzień, a ona nic!-Lucjusz chodził tam i z powrotem po swoim salonie, mocno zdenerwowany.
Uspokój się może zapomniała?-powtórzył kolejny raz, znudzonym głosem mężczyzna o czarnych przetłuszczonych włosach- I powiedz mi w końcu, dlaczego dowiaduje się o jej powrocie z gazety, przychodzę do ciebie, a ty oznajmiasz mi, że ona u ciebie mieszka od kilku miesięcy…
Tak wyszło.
Tak wyszło?-powtórzył z pełną dawką jadu w głosie.
Gdybyś przyszedł wcześniej, dowiedziałbyś się wcześniej.Rozmowę przerwała wypadająca z kominka, zdyszana Vivien. Szybko pozbierała się z podłogi, jej ubrudzone krwią ubranie i twarz oraz rozwiane włosy dawały duże pole do spekulacji, jednak żaden z mężczyzn nie miał na nie ochoty, jakkolwiek na twarzy Lucjusz malował się gniew na twarzy Severusa było widać tylko lekki szok i niedowierzanie. Kobieta spojrzała po nich i odezwała się chłodnym, pozbawionym wszelkich uczuć głosem.
Ile wie?
Niewiele- nie ruszył go jej ton, używała go w stosunku do każdej napotkanej osoby, ostatnimi czasy tylko Malfoy stał się wyjątkiem od tej reguły. Przypomniał sobie, że miał ją ochrzanić- Co ty sobie wyobrażasz?! Miałaś się odezwać! Gdzieś ty była i dlaczego jesteś cała we krwi?!Kobieta rozluźniła się lekko i opadła na najbliższy fotel. Na jej twarzy odmalowało się zmęczenie.
Mówiłam, we Francji. Wiem, wiem, zapomniałam-w tym momencie Snape uśmiechnął się triumfalnie- A krew.. cóż spotkanie dyplomatyczne przerodziło się w agresywne negocjacje…Mistrz Eliksirów zaśmiał się cicho, a blondyn usiadł obok niej lustrując wzrokiem w poszukiwaniu jakiś obrażeń zagrażających życiu.
Agresywne negocjacje? Ty to masz porównania… I co wynegocjowałaś?
Francja jest moja-powiedziała spokojnie, a w pomieszczeniu zapadła niczym nie zmącona cisza.
Cóż…-zaczął Severus- Wygląda na to, że niepotrzebnie się martwiłeś-uśmiechnął się jadowicie.
Nie martwiłem się! Zdejmij bluzkę.
Oszalałeś. Nic mi nie jest- wstała, a kiedy poczuła rękę Lucjusza ciągnącą ją w dół w ułamku sekundy obróciła się i przyłożyła mu sztylet do tętnicy- Powiedziałam nic mi nie jest-wysyczała i wyrwała się i skierowała w stronę schodów na piętro.
Idź na Nokturn u Borgina jest przesyłka, jak będziesz miał czas to ją odbierz-rzuciła na odchodnym i zniknęła w mrokach domu.
No Lucjuszu, chyba masz mi dość sporo do opowiedzenia.


niedziela, 15 listopada 2015

Mroczne Czasy Rozdział 1

Aportowała się w Whiletshire. Nie spodziewała się wpaść na nikogo, ani tym bardziej alarmu, który właśnie budził wszystkich mieszkańców wioski. Ruszyła biegiem przed siebie szukając schronienia.
Tutaj!-syknął ktoś zza płotu, bez namysłu przeskoczyła przez bramę i pobiegła, za jej tajemniczym wybawicielem. Dopiero kiedy drzwi frontowe zatrzasnęły się za nią odetchnęła z ulgą i spojrzała w kierunku mężczyzny. Zamurowało ją. Znowu on! Uśmiechnęła się krzywo, ciekawe czy ją rozpozna?
Przyglądał się kobiecie, którą wpuścił do swojego domu. Zastanawiał się czemu to zrobił, tydzień temu zdjęli mu łańcuchy i założyli barierę wokół jego ogrodów, a on już się pcha w kolejne bagno. Coś jednak kazało mu wyjść i zapewnić jej schronienie, to był w pewnym sensie taki jakby odruch, impuls. Lustrował ją od dołu do góry, zatrzymał wzrok na twarzy. Gdzieś już ją widział, tego był pewien, ale nie mógł dopasować do niej żadnego nazwiska.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w ciszy, którą postanowił przerwać Lucjusz. Wiedziony czystą ciekawością zapytał:
Jak się nazywasz?
Vivien Soreness.
Dostał olśnienia, teraz, kiedy usłyszał jej głos.
Vivien?-uśmiechnął się kpiąco-A nie Herm…-nagle jej ręka zatkała mu usta, a jej oczy błyszczały niebezpiecznie.
Zgłupiałeś?!-wysyczała-Jeszcze ktoś usłyszy!
Jej serce biło szybko. Była wkurzona i jednocześnie przerażona. Zastanawiała się co ma zrobić, nie wiedziała czy może mu zaufać. Bądź co bądź dowiedział się, że wróciła. Będzie wypytywał to oczywiste, ale czy ona będzie odpowiadać? Zerknęła przelotnie na niego, wydawał się myśleć nad czymś. Miał zmarszczone czoło i ściągnięte brwi. Przyjrzała mu się dokładniej. Dopiero teraz zauważyła, że na jego twarzy nie było już widać niegdysiejszej pogardy i nienawiści. Styl jednak pozostał niezmienny, czarne ubrania z drogich materiałów, srebrne spinki do mankietów, guziki zdobione w wężowe głowy. Rozejrzała się po holu. Czarny marmur, wielkie gobeliny przedstawiające przodków Malfoy'a, Salazara i innych wielkich czarodziejów. Tu i tam powtarzał się motyw węża, symbolizujący ich czystość krwi i przynależność do Slytherinu, nie było jednak tego na tyle dużo, by uznać to za obsesję. Zmienił się, to było widać, czym była ogromnie zdziwiona. Z rozmyślań wyrwał ją głos Lucjusza:
Dlaczego wróciłaś?-zapytał w duchu przeklinając swoją ciekawość i uświadamiając sobie w jak wielkie bagno się wpakował, ale przecież nie wyrzuci jej teraz, kiedy podał jej pomocną dłoń. Nie poznawał siebie, co się stało? Dlaczego aż tak się zmienił? Czyżby jeden z pozoru nic nie znaczący uczynek dziewczyny tak drastycznie go odmienił? Niemożliwe. Spłacił już dług, więc nie ma powodu aby teraz jej pomagać. Poza ciekawością i chorą fascynacją Czarną Magią. Czuł, że przez nią znowu założą mu łańcuchy, ale postanowił, że się nie wycofa.
A jak myślisz?-odparła patrząc na niego tymi smutnymi oczami, wciąż biła się sama ze sobą o to, czy może mu zaufać, wiedziała, że jeden maleńki błąd, może kosztować ją życie.
Szukasz zemsty?
Kiwnęła głową. Zapadła między nimi cisza, każdy kalkulował zyski i straty jakie może ponieść z utrzymania tej znajomości. Stali tak dobre kilka minut pogrążeni we własnych rozmyślaniach. Niczym niezmąconą ciszę przerwał nagły grzmot i bębnienie deszczu o parapety. Wzdrygnęła się wracając do rzeczywistości. Popatrzyła blondynowi prosto w oczy.
Mogę ci zaufać?-zapytała cichym, ale pewnym głosem. Nie odwrócił wzroku, chociaż był zaskoczony pytaniem. Nie spodziewał się takiej otwartości, mimo wszystko kiwnął głową. Poprowadził ją do salonu, a skrzat odebrał od niej płaszcz i przyniósł im Ognistą Whiskey.
Szklaneczkę?-zapytał z pozoru niewinnie, w odpowiedzi otrzymał jedynie kiwnięcie głowy i uśmiech, kiedy odbierała szklankę. Rozglądnęła się po salonie.
Był obszerny i, o dziwo, nie było w nim motywów z wężami. Tak samo jak hol, był z czarnego marmuru. Na północnej ścianie królował wielki kominek, w którym wesoło trzaskał ogień, rozświetlając i ogrzewając pomieszczenie. Nad nim wisiał wielki portret Abraxasa, ojca Lucjusza. Zasłony i fotele były koloru ciemnej zieleni, a meble ze szlachetnego dębu. Były pokryte licznymi zdobieniami rzeźbiarskimi, a styl w jakim były wykonane świadczył o wartości historycznej i materialnej. Takie antyki z pewnością nie należą do najtańszych. Podziwiając wystrój nawet nie zorientowała się kiedy wypiła całą szklankę.
Malfoy obserwował ją sącząc swoją porcję whiskey. Ta kobieta była dla niego zagadką, niebezpieczną tajemnicą, którą pragnął poznać. Czekał na jej ruch, domyślał się, że po dwóch latach ciągłej ucieczki i ukrywania się, nie będzie zbyt rozmowna, a narzucaniem się mógłby ją spłoszyć. Nareszcie pojawiło się coś ciekawego w jego monotonnym życiu, skupiającym się głównie na czytaniu i rozmowach ze znajomymi. Teraz doszły jeszcze spacery po ogrodzie, wcześniej nie miał takiej możliwości. Mimo wszystko nie zamierzał przepuścić takiej okazji. Nie zmienił się jednak tak bardzo jak myślał, uśmiechnął się do siebie, przyglądając się jak czarnowłosa podziwia jego salon.
Jeśli chcesz możesz się u mnie zatrzymać-zaproponował czekając na reakcję.
A Draco i Narcyza?-spojrzała na niego. Zaintrygował ją. Nie przywykła do Malfoy'ów proponujących pomoc, a już na pewno nie bezinteresownie. Wiedziała, że już nie jest taki jak kiedyś, ale również miała pewność, że nie stał się człowiekiem idealnym. Próbowała go przejrzeć, lecz nie dopatrzyła się niczego, prócz ciekawości.
Syn wyprowadził się ze swoją żoną, Astorią, a Cyzia nie żyje od roku-oznajmił to z takim spokojem, z taką prostotą jakby mówił o pogodzie. Kolejny dowód na to, że wcale tak bardzo się nie zmienił.
Wybacz.
Nie mam czego.
W takim razie zostanę… Na jakiś czas…-odwróciła głowę do okna, deszcz ustał, a księżyc nieśmiało wynurzał się zza chmur.
Uśmiechnął się do siebie, wygrał pierwszą rundę.

czwartek, 12 listopada 2015

Mroczne Czasy - Prolog






Kontynuacja Alter Ego w postaci krótkiego opowiadania.
Zapraszam i pozdrawiam.
Arystokratka
Beta: Blanda OC



Dochodziła północ, a na ulicach magicznego Londynu panował mrok. W powietrzu czuć było nieprzyjemną wilgoć spowodowaną niedawnym deszczem. Brukowanymi ulicami spływała mętna, brudna woda, natomiast niebo było pokryte ciemnymi, burzowymi chmurami.
Wysoka, odziana na czarno postać szła środkiem drogi. Dźwięk podeszw uderzających o beton, rozdzierał ciszę jesiennej nocy. Zatrzymała się przed ponurą bramą i zerknęła na wygrawerowany nad nią napis. Cmentarz im. Albusa Dumbledora. Głośne skrzypnięcie zawiasów wystraszyło siedzące nieopodal kruki.

Przybysz mijał groby, wykonane z czarnego marmuru ze złotymi napisami. Wszyscy spoczywający tutaj polegli w jednym, pamiętnym dniu. Kilka dni po II Bitwie o Hogwart w 1998 roku, czyli dokładnie dwa lata temu.
Cmentarz wyglądał na zaniedbany. Wszędzie leżały nadgniłe liście, niektóre groby, zapomniane przez bliskich, były pokryte brudem. Inne zarosły tak, że nie można było odczytać imienia i nazwiska spoczywającego tam czarodzieja. Wiatr poruszał wiekowymi dębami zrzucając z nich resztki zeschłych liści, które zaścielały ścieżkę.
Zatrzymała się na środku przy kamiennej tablicy, pokrytej napisami. Nie wszystko dało się odczytać, większość została wyżarta przez kwaśne deszcze. Wyraźnych pozostało tylko kilka wyrazów: Ku pami... aurorów... dnia 6 maja... przestrogą... Czarnej Ma...
Podmuch wiatru zrzucił kaptur, ukazując kobiecą twarz, która mimo swojego, niewątpliwie młodego wieku, emanowała smutkiem oraz tajemnicą. Rozglądnęła się, wracając myślami do tamtego, pamiętnego dnia.
Uciekała przed aurorami, wydawało się, że goniło ją całe Biuro, a za co?! Za uratowanie świata czarodziejów?! Cóż za ironia... Skręciła w prawo, rzucając za siebie paskudną klątwę. Zatrzymała się gwałtownie. Ślepy zaułek! Odwróciła się, obserwując otaczających ją wrogów. Czuła narastającą frustracje, gniew, irytacje. Wyciągnęła różdżkę przed siebie, wiedziała, że sama ich nie pokona, było ich zbyt wielu. Nie podda się bez walki! Zabierze ze sobą tylu, ilu zdoła. Walka rozgorzała, Hermiona miotała czarnomagicznymi klątwami na prawo i lewo, siejąc spustoszenie.
Po dwóch godzinach zaczęła opadać z sił. Ucieczka ją osłabiła, a także zaklęcia, które w nią trafiły. Nagle poczuła, jak coś w środku niej się buntuje. Nie miała czasu, aby się nad tym zastanowić, działała pod wpływem impulsu. Wypuściła magiczny patyk z dłoni, nie miała pojęcia dlaczego, po prostu czuła, że tak trzeba. Wtedy z jej ust wydobył się ciąg dźwięków, które składały się w dziwną inkantacje w nieznanym jej języku. Nie rozpoznawała swojego głosu, chwilę po zakończeniu litanii nastąpił wybuch czarnego, gęstego dymu. Kobieta upadła na ziemię, tracąc przytomność. Ostatnie, co zobaczyła to zwęglone kości aurorów. W promieniu kilometra nie ostała się żadna żywa dusza.
Obudziła się. Znajdowała się w ciemnym, cuchnącym stęchlizną pomieszczeniu, nie było okien. Zapewne podziemia. Usiadła. Podszedł do niej jakiś mężczyzna. Podniosła głowę, mrużąc oczy.
— Lucjusz?
— Tak.
— Co tu robisz? Co ja tu robię?
— Spłacam dług — kiwnął głową, wskazując ubrania leżące na krześle i posiłek stojący na stole — Żegnam.
Wróciła do rzeczywistości. Pamiętała, jak potem czytała Proroka Codziennego, w którym mowa była o dekrecie mówiącym o niej, jak obarczyli ją wszystkim, mimo, że to dzięki niej żyli! Złość sprzed dwóch lat, kiedy to musiała uciekać z kraju powróciła, znacznie silniejsza.
Zarzuciła kaptur, kierując się do wyjścia z cmentarza. W tym momencie dzwony obwieściły północ. Nikt nie może się dowiedzieć, że powróciła. Nikt. Opuściła to zapuszczone miejsce i przyspieszyła, chowając się w cieniu budynków. Chmury rozeszły się, ukazując srebrną, okrągłą tarczę księżyca.
Otuliła się ciaśniej płaszczem i przyspieszyła kroku. Niespodziewanie zza winkla wyszło dwoje czarodziejów, gwałtownie spuściła głowę w dół.
— Hej maleńka!-zawołał jeden z mężczyzn.

Nie zareagowała, szła naprzód.
— Głucha jesteś?-krzyknął drugi, kierując się w jej stronę. Przeklęła cicho i przygotowała różdżkę.
— Daj spokój Nott, nie mamy czasu.
Czarodziej zatrzymał się i po kilku sekundach wahania zrezygnował z „pościgu”. Odetchnęła, skręciła w prawo do jakiegoś zaułka. Wiatr zsunął kaptur z jej głowy i rozwiał włosy. Zatrzymała się i popatrzyła na swoje odbicie w brudnej szybie opuszczonego budynku.
Zobaczyła średniego wzrostu kobietę o mocno zarysowanej szczęce i smutnych, brązowych oczach z czającą się w głębi mroczną tajemnicą. Czarne włosy podkreślały bladość jej cery. Smukła sylwetka, ukryta pod czarną peleryną, wyprostowana, dumna postawa ciała. Czarodzieje wrażliwi na fale magiczne wyczuliby rozchodzącą się wokół jej postaci mroczną potęgę. Wszystko to łączyło się w wizerunek dumnej kobiety emanującej głębokim, przeszywającym smutkiem. Wszystko to tworzyło ją, Vivian Soreness, kiedyś Hermionę Granger.
W odbiciu ujrzała stary, wyblakły plakat wiszący na przeciwległej ścianie. Odwróciła się i lekko uśmiechnęła. Nagłówek głosił: Siostra Śmierci wróci! Pod spodem widniała jej podobizna wybijająca członków Zakonu Feniksa. Spojrzała na datę. Wisiał tu już ponad rok. Coś ją tknęło, kiedy tak patrzyła na scenę z plakatu.
Może to właśnie jej czas? Czas jej zemsty? Może to ostatnia chwila na zmiany?
Zaczęło padać. Kobieta naciągnęła kaptur i deportowała się do Whileshire.